Przekręt wszechczasów część VIII

To co się dzisiaj dzieje na świecie w temacie dzieci odbieranych siłą rodzicom zakrawa na szaleństwo. Moim skromnym zdaniem, to jest atak, próba rozbicia ostatniej komórki przyjaznych sobie ludzi – mam na myśli rodzinę.

Powiem kilka słów na ten temat, rzeczy które u mnie wywołały niemały szok, a wręcz nudności.

Wszyscy chyba „wiedzą” czym jest dzisiaj ślub, kościelny, cywilny, tak przynajmniej nam się wydaje. Sam do niedawna myślałem, że ślub to unia dwojga ludzi, kochających się ludzi, raz przed Bogiem, a raz w świetle prawa, z kochanym urzędnikiem w roli głównej. I tyle, mamy 2 obrączki i kawałek papieru – tu się rola osób trzecich kończy. Niezupełnie… a właściwie wręcz przeciwnie.

Nie będę zagłębiał się w ślub kościelny, jestem anty religijny do takiego stopnia, że lecząc się z tego programu postanowiłem zresetować dosłownie wszystko, co się wiąże z kościołem (nie Bogiem, i nie duchowością). Jeżeli napomknę o kościele, to tyko dlatego, że ma to związek prawny, nic poza tym.

Skupie się na stronie prawnej/urzędowej bo ta ma ogromne znaczenie dla naszego życia, i życia naszych dzieci.

Jaś (będę piłował tego Jasia jeszcze trochę) i Małgosia postanowili się pobrać, idą więc gdzie trzeba, do urzędu i wyrażają swoją zgodę na to, żeby „zalegalizować” związek. Ja sam nie jestem żonaty, więc mogę jakieś szczegóły pominąć, ale schemat jest ten sam wszędzie, w każdym niemal kraju IMF, o ile mi wiadomo.

Oboje pojawiają się przed urzędnikiem i podpisują papier, świadkowie również, i urzędnik odgrywa swoją rolę. Od dzisiaj oficjalnie Jaś i Małgosia są małżeństwem.

Pozwólcie, że podam kilka faktów, wynikających z tejże unii, unii nie tylko Jasia i Małgosi, ale… i tu uwaga: URZĘDU, tak, dobrze czytacie, to jest unia trzech, nie dwóch osób.

A jakie ma to znaczenie i czym jest ślub cywilny? Już mówię.

Małżeństwo, to nic innego (w świetle prawa/biznesu) jak kontrakt, umowa pomiędzy stronami zainteresowanymi (trzema, a nie dwoma), nic poza tym. Jak każdy kontrakt niesie ze sobą wszystkie prawa, warunki, zobowiązania i przywileje dla osób zainteresowanych.  Co to znaczy?

Otóż w tej unii trojga (JAŚ, MAŁGOSIA, URZĄD – i tu celowo pisze dużymi literami, bo w tej umowie, również posługujemy się JASIEM, czyli korporacyjnym bytem/dowód osobisty). Nie wszystkie strony mają tyle samo do powiedzenia, jedna z tych stron jest tzw. ADMINISTRATOREM unii – kto – no właśnie – URZAD.

To urząd pełni rolę najważniejszej osoby w tej umowie, to jest byt, który będzie dyktował warunki trwania umowy aż do jej rozwiązania, a nawet podczas jej rozwiązywania (rozwód), ten byt będzie decydować, gdzie pójdą dzieci, jak zostanie podzielony majątek itp. Dziwne? To czytajcie dalej.

Ta umowa, w świetle prawa, tradycji i trochę ezoteryki (pamiętajmy, że kościelni to nie jest jawne ugrupowanie) ma największą moc. Na zachodzie, dostajemy tzw. MARRIAGE LICENCE, po podpisaniu ślubu cywilnego… licencję na małżeństwo.

Zapraszanie urzędu do naszego rodzinnego gniazda, łączy się niestety z konsekwencjami dużego kalibru. Sam fakt, że sędzia będzie decydował o rozwiązaniu umowy, nawet wbrew małżonkom, nie jest jeszcze najgorszy…

Są jeszcze dzieci i czasem te dzieci zostają odebrane rodzicom na podstawie totalnie bzdurnych argumentów – widzimy to coraz częściej dookoła.

Teraz do sedna sprawy.

Dlaczego urzędnikom wydaje się, że mają prawo przyjść do kogoś do domu, bez zaproszenia, i rozpocząć proces, który kończy się odebraniem rodzicom dzieci? Nie mówię tu o patologiach, narkotykach i przemocy, gdzie takie rzeczy jak odebranie dzieci robi się dla ich ratowania. Mówię o masie przypadków, gdzie dzieci są odbierane, bo rodzina jest za biedna – rozumiecie? Rodzina jest za biedna, więc urząd zabiera dzieci rodzinie, daje je obcym ludziom na wychowanie i PŁACI tym ludziom niemałe pieniądze na utrzymanie tychże zabranych dzieci. Nasuwa się oczywiste pytanie – dlaczego zamiast odbierać dzieci i płacić rodzinie zastępczej za wychowanie, rząd nie przeznaczy tych pieniędzy dla oryginalnej rodziny, żeby ta nie była już taka biedna i mogła spokojnie wychowywać swoje pociechy? Tak dyktuje logika i zwykła ludzka przyzwoitość, ale niestety tak nie jest.

Ja skupię się najpierw na tym dlaczego, potem jak sobie z tym radzić.

Otóż urząd, będąc administratorem unii JASIA I MAŁGOSI ma prawo robić z tą unią co zechce tak naprawdę, dosłownie. My sami oddaliśmy im tę moc, może nawet pełnomocnictwo prawne wobec tego maleństwa, więc robią co chcą.

Dzieci z takowego związku, w świetle prawa to tzw. WARD OF THE STATE, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „własność stanu/korporacji RP”, ciekawe prawda?

My sami idziemy do tych ludzi, legitymujemy się dowodem osobistym, będącym potwierdzeniem naszej przynależności do korporacji RP, podpisujemy dokument, w którym dobrowolnie oddajemy stery naszego związku obcym ludziom, a potem płaczemy, że ci ludzie robią to, o co ich prosimy – czyli administrują tym związkiem, jego majątkiem i jego dziećmi tak, jak im się wydaje, że powinno być.

Co dalej z dziećmi?

Nasze pociechy urodzone w jurysdykcji korporacji RP są obiektem wszystkich zasad obowiązujących w tejże korporacji. Jedną z wielu jest obowiązkowe szczepienie i całe to gówno farmakologiczne, jakie serwują władcy swoim poddanym. Rodzic w roli korporacyjnego pachołka nie ma nic do gadania, (ludzie mają już sukcesy na tym polu, ale o tym później). Opieka społeczna nie pyta, czy może przyjść, oni twierdzą, że mają prawo przychodzić, czy nam się podoba czy nie. Jak się IM coś nie spodoba, to zaczyna się młyn papierów i dzieci nagle znikają ze szczęśliwego domu, a rodzice chodzą od sądu do sądu zapłakani, żeby odebrać swoje własne dzieci – tak to wygląda.

Drodzy czytelnicy, pozwólcie, że zadam kilka pytań, jak zwykle, żeby trochę pomęczyć szare komórki.

  1. Dlaczego myślicie, że potrzebujecie swoją miłość legalizować? Czy mało macie doświadczenia z instytucją państwową, żeby wyciągnąć jeden prosty wniosek: trzymać się jak najdalej od tego szamba i tych porąbanych ludzi????
  2. Nie wydaje wam się logiczne, że zapraszanie osoby trzeciej do waszego związku może wiązać się z konsekwencjami prawnymi? Biorąc pod uwagę punkt # 1, te konsekwencje mogą być, delikatnie mówiąc, bolesne?
  3. Mając odrobinę życiowego doświadczenia, i widząc co się dzieje w temacie rozwodów, odbierania dzieci na widzimisię urzędasów, nie wystarczy to, żeby odmówić jakichkolwiek interesów z tymi ludźmi?

Co dalej z dzieciakami i jak je odzyskać? Tu zastrzegam znów – nie udzielam rad prawnych, dzielę się tylko informacjami, jakie zdobyłem przez ostatnich kilka lat. Każdą próbę wykorzystania owych informacji podejmujecie na własną odpowiedzialność.

Sprawa zaczęta przez opiekę społeczną (nawet nazwa jest super – rząd wszystko robi o 180 stopni na odwrót) kończy się odebraniem dzieci, zazwyczaj przy zamkniętych drzwiach*) (tak jest w UK), przy procesie przypominającym jakąś farsę. Rodzice idą do domu i zaczyna się niekończąca się gonitwa od urzędu do urzędu, okraszona stosem niezrozumiałych papierów.

Sąd robi dokładnie to, co należy do jego kompetencji, niestety. Ten cały system jest chory, a sądownictwo i ramię wykonawcze (pieski policyjne itp.) nie mają na tyle klepek we łbie, żeby zapytać, czy to, co się dzieje jest sprawiedliwe.

Sąd wydaje wyrok i idzie do domu, pamiętacie jak pisałem o tytułach/rolach/urzędach piastujących je ludzi? Pani sędzina Janina B. w swojej oficjalnej roli jest niestety niemal nietykalna, a jej decyzja będzie odbijać się jak piłka od ścian systemu, nie trafiając do bramki.

Tylko pamiętajmy jedną bardzo ważną rzecz: SĘDZIA, URZĄD, KOMORNIK, BANKIER, LEKARZ, OPIEKA SPOŁECZNA itd. itp. to tylko martwe, nie żyjące i nie oddychające koncepty naszej cywilizacji. Żeby ów status mógł komuś zabrać dziecko, musi być animowany przez żyjącą osobę z krwi i kości, rozumiecie?

Sędzia sądu jest bardzo trudny do ugryzienia (metaforycznie, hehe), ale pani Janina B w swojej prywatnej osobie już nie. Więc składając 2+2 dochodzimy do wniosku – będziemy sądzić panią Janinę B. jako OSOBĘ, a nie sędziego, za zamach na dobro rodziny, traumę dziecka odebranego rodzicom, kłopoty finansowe, jakie się z tym wiążą, stan psychiczny wszystkich członków rodziny, kłopoty w pracy poprzez stan emocjonalny i konieczność pojawiania się w sądzie zamiast w pracy – mam wymieniać dalej?

Wiem, że to większości wydaje się herezją, ale wierzcie mi, tak nie jest. Znam przypadki, kiedy sędziowie uciekali z sali rozpraw, kiedy chowali się miesiącami przed tzw. process server – czyli kimś, kto dostarcza pismo polecone i ma na to dowód. Kiedy tracili posady i posiadłości  (pamiętacie proces aresztowania tytułu własności – commercial lien?) i wiele, wiele innych.

I ten sposób dotyczy WSZYSTKICH ludzi na tej planecie! Kiedy ostatnio ktoś z was pracował i nie dostał wypłaty, bo firma splajtowała? Firma padła, ale człowiek animujący tę firmę żyje sobie nadal i w jego prywatnym statusie nie cieszy się ochroną skorumpowanego prawa – idziemy z żądaniem zapłaty do niego – cały proces administracyjny, jaki jest potrzebny wytłumaczę w osobnych artykułach.

Jest taki pan, nazywa się Karl Lentz, proszę zaznajomić się z nim na YouTube. On między innymi odbiera dzieci z powrotem od urzędasów. Linia jego argumentu jest niemal banalnie prosta: „Kto z LUDZI siedzących na tej sali twierdzi, że ma prawo do mojego dziecka???”

Zauważcie jedną rzecz: nie pyta jaki oficer, sługa / pracownik opieki, adwokat czy sędzia, on pyta „jaki mężczyzna bądź kobieta rości sobie prawa do mojego dziecka i na jakiej podstawie?” Rozumiecie różnicę między statusem prawnym a statusem prywatnym każdej osoby?

Sędzina JANINA B. rości sobie prawa na podstawie danego jej mandatu (nie wiem jak to nazywa się po polsku) do tego, aby na podstawie materiału przedstawionego przez innych członków korporacji RP podjąć decyzję i zabrać dziecko.

Pani Janina B., lat 45, mieszkanka Szczecina, matka 2 dzieci itd. NIE MA NAJMNIEJSZEGO PRAWA ruszyć palcem naszego malucha, a jak ruszy idzie do pudła, jak każdy przestępca!!!

Nie wiem czy ten koncept jest łatwy do zrozumienia. Jest tak, jak mówił Szekspir- świat to scena, życie to teatr, a my gramy wciąż jakieś role. Tylko dla 99 % społeczeństwa te role nigdy się nie kończą, niestety.

c.d.n.

*) Przypisek Astromarii: byłam naocznym świadkiem jak się wydaje takie wyroki. W tamtym przypadku rzeczywiście chodziło o dobro dziecka, bo babcia będąca rodziną zastępczą znalazła się nagle na OIOM-ie, a matka dziecka była chora psychicznie i nie można było dopuścić, żeby dziecko dostało się pod jej opiekę. Osoba z pomocy społecznej przyszła do sądu z ciotką dziecka i wywołała panią sędzię, opowiedziała jej, jaka jest sytuacja, sędzia pobiegła do biura, zamknęła się w nim, po chwili wyszła przynosząc „wyrok”, na którym było napisane, że „sąd na posiedzeniu niejawnym” postanowił wydać dziecko ciotce ustanawiając ją rodziną zastępczą do czasu wyjaśnienia sprawy z dotychczasową rodziną zastępczą. I sprawa zakończona, to znaczy do czasu kolejnej rozprawy sądowej, tym razem jawnej! Prawdopodobnie tak właśnie przebiegają owe „rozprawy za drzwiami zamkniętymi”. Szybko, sprawnie, szkoda tylko, że człowiek dochodzący sprawiedliwości w innych sprawach musi czekać latami na wyrok.

>

Send this to a friend