Od dawna już panuje swoista moda na wschodnie sztuki walki. W Polsce zaczęła rozwijać się w latach 80 i trwa do dziś. Fascynujemy się japońskimi mistrzami miecza, mnogością broni występującej w Chinach i mistrzowskiemu wykorzystaniu tejże broni. W zasadzie nie ma w tym nic złego, poza jednym: zapomnieliśmy o własnych korzeniach. Przeciętny Polak kojarzy jedynie szablę Pana Wołodyjowskiego i abstrakcyjnie ciężki miecz Podbipięty.

A przecież w Europie, w średniowieczu również występowała klasa wojowników. Staczano bitwy, pojedynki sądowe, broniono się przed napaścią… Czy naprawdę robiono to w tak prymitywny sposób jak opisywał to Egerton Castle w swoim dziele “Schools and Masters of Fence”:

„Wygrywał ten, co miał najsilniejsze ramię i najcięższy miecz… Były to czasy potężnych ciosów zadawanych buławą lub glewią, kiedy to przewaga rycerza w walce polegała na posiadaniu cięższej zbroi i zadawaniu silniejszych ciosów, niż jego sąsiad, kiedy siła była ceniona bardziej niż umiejętności…”

Ta opinia z XIX wieku powtarzana wielokrotnie również w polskich książkach naukowych przetrwała do dziś. I mniej więcej taki sposób walki pokazany jest w większości filmów, skąd to przeciętna osoba bierze swoją „wiedzę”. A tymczasem zachowało się kilkadziesiąt traktatów z których najstarszy pochodzi z przełomu XIII i XIV wieku ukazujących, że wyglądało to wręcz przeciwnie. Na dodatek mistrzowie spisujący te traktaty wcale nie przypisują sobie “wynalezienia” sztuki władania mieczem, wspominając o jej dużo starszych korzeniach.

Wracając do samych traktatów to zawierają one zbiór technik począwszy od walki wręcz, poprzez walkę sztyletem, kijem, włócznią, aż do walki tasakiem, mieczem i puklerzem, długim mieczem czy też młotem lucerneńskim. W przypadku większości z tych broni dochodził jeszcze podział na walkę w zbroi, bez uzbrojenia ochronnego i konno (również zapasy).

Średniowieczni mistrzowie stawiali nacisk na technikę. Twierdzili, że nawet słabsza fizycznie osoba jest w stanie poradzić sobie z silniejszym przeciwnikiem stosując odpowiednie metody. Dużą rolę grało wyczucie nacisku ostrza przeciwnika. Być może w jakimś filmie słyszeliście mistrza kung fu mówiącego żeby naciskać kiedy przeciwnik się cofa, i cofać się kiedy naciska? Dokładnie tej samej zasady nauczał mistrz Lichtenauer uważany za ojca średniowiecznej szermierki. Twierdził on, że najlepszy szermierz przeciwstawia słabości siłę, a sile słabość. Kiedy przeciwnik jest słaby i cofa się należy naciskać, podążać za nim i atakować. Kiedy zaś przeciwnik jest silny i naciska na nas należy odpuścić i zaatakować z przeciwnej strony. Umiejętność właściwego wyczucia nacisku uważana była za najwyższą umiejętność szermierczą.

Traktaty zalecały przede wszystkim atakować. Atak miał być pierwszą rzeczą jaką zrobimy i – w idealnym scenariuszu walki – miał nie pozwolić przeciwnikowi na zrobienie czegokolwiek aż do końca. Jeżeli to przeciwnik zaatakował pierwszy, albo z jakiegoś powodu przejął inicjatywę to należało mu ją odebrać również atakując. Miały do tego służyć między innymi tzw. meisterhau czyli “mistrzowskie uderzenia” – techniki które w jednym ruchu blokowały broń przeciwnika jednocześnie trafiając go.

Bardzo charakterystyczną grupą technik były winden (zawijanie, obracanie). Wykonywało się je po zwarciu mieczy, a polegały na wykonaniu dźwigni na ostrzu przeciwnika co powodowało odsunięcie jego broni i powstanie otwarcia do ataku.

Tego typu techniki można było zaadaptować również do innych niż miecz rodzajów broni. Nie sposób omówić ich wszystkich chociażby pobieżnie w krótkim artykule. Zainteresowani na pewno znajdą wiele informacji przeszukując Internet: począwszy od kopii oryginalnych traktatów aż po współczesne materiały pisane przez ludzi starających się odtworzyć zapomniane dzisiaj dziedzictwo.

Już pobieżne spojrzenie na to co zostawili nam w swoich książkach dawni mistrzowie całkowicie przeczy wizerunkowi osiłka tłukącego bezmyślnie swojego przeciwnika kawałkiem zaostrzonego żelaza. Wyłania się za to obraz wojownika stosującego świadomie wyrafinowane techniki w celu uzyskania przewagi i wyeliminowania swojego oponenta.

Wspomniałem na początku o “europejskich systemach walki”. Jeżeli chodzi o usystematyzowaną w traktatach wiedzę to prym wiodły dwie szkoły: niemiecka i włoska. Czy to oznacza, że Polskę ta wiedza ominęła? Nic podobnego. Dokumenty wspominają takie nazwiska jak: Wergiliusz z Krakowa – prawdopodobnie uczeń Lichtenauera (niektózy twierdzą, że nauczyciel), Mikołaj von Popplau z Wrocławia, Piotr Wildygans, Andreas Legnitzer i jego brat Jakub czy też Piotr z Gdańska.

Krzysztof Stępniak

Odwiedź stronę autora i pamiętaj by wspierać dobre treści!

W przypadku naruszenia praw autorskich lub licencyjnych prosimy o kontakt

  • sadze ,ze skoro plemiona Lechickie władały od uralu do renu i dalej .. to zapewne wiedzieli jak dokopać innym … czy takim lemingom rzymskim … niestety tradycja upada … a żydokomuchy zdławili ducha w narodzie .. a teraz go przekupują za ich własne pieniądze ..co za ironia losu

  • >