Nie lubimy zobowiązań, oj nie lubimy. Szczególnie osoby, które są od dawna na tzw. ścieżce duchowej odrzucają wszelkie reguły, zasady i wynikające z nich obowiązki, uważając je za ramki ograniczające naturalną wolność człowieka. Wedy? Fajne są, ale biorę z nich to, co mi pasuje, a to, co czegoś ode mnie wymaga – odrzucam. Bo najważniejsze to być wolnym.

Tylko czy to prawdziwa wolność?

W rzeczywistości Wedy to nie jest zbiór ścisłych reguł, typu: rano masz wstać, trzy razy splunąć za prawe ramię i podskoczyć – to da ci szczęście. Wedy zawierają prawa, boskie prawa natury, czyli wiedzę o tym, jak zbudowany jest świat, jak działają relacje i co się dzieje, gdy te prawa są naruszane. A dalej każdy ma prawo wyboru.

Czyli nie muszę nosić spódnic, traktować męża jako starszego, być wegetarianką czy szanować i rozumieć prawo przyczyny i skutku? Nie, nie musisz.

Ale są uniwersalne prawa natury, od których nie uciekniesz.

Jakie to prawa? Jedno z nich mówi o tym, że od tego, na ile słucham i szanuję swojego męża zależy stopień jego odpowiedzialności (męża, czyli tego, który najpierw udowodnił, że potrafi wziąć za kobietę odpowiedzialność – przyp. tłum.) Dalej już sama wybieram, czy chcę mieć odpowiedzialnego męża.

To samo tyczy się spódnic. Prawo natury jest takie, że energia w kobiecym i męskim ciele płynie inaczej i dlatego odzież kobiety powinna być swobodna od pasa w dół. To sprzyja jej zdrowiu. Takie jest prawo. A dalej sama wybieram, czy chcę być zdrowa i kobieca czy iść za modą  i wyglądać seksownie.

Albo prawo mówiące o nie używaniu przemocy. Kiedy rozumiemy, że jedząc mięso przyczyniamy się do tego, że przemocy na świecie staje się więcej, a tym samym, według prawa przyczyny i skutku jest go też więcej w naszym życiu możemy świadomie wybrać, czy droższy jest mi smak ulubionego kotleta czy życie bez energii przemocy.

A relacje? Prawo natury jest takie, że wchodząc w jakąkolwiek relację stajemy się odpowiedzialni i za siebie, i za drugą osobę.

Czy naprawdę uważasz, że nikt nikomu nie jest na tym świecie nic winien? Czy uwierzyłeś, że każdy ma brać odpowiedzialność tylko za samego siebie i że możesz komuś powiedzieć cokolwiek lub nie powiedzieć nic, bo to on sam decyduje, czy to go zaboli czy nie i nic ci do tego?

Człowiek jest istotą społeczną i wchodząc w relacje z jakąś osobą staje się jej coś winien, czy tego chce, czy nie. Winien dane słowo, daną nadzieję czy złożoną obietnicę.  Wpuszczając  człowieka w swoje otoczenie, pozwalasz mu bowiem wejść do swojego życia i ty wchodzisz do jego, tym samym biorąc na siebie pewne zobowiązania – i przed nim i przed sobą.

Od jakiegoś momentu nie jest ci wszystko jedno, co się z nim dzieje, a to znaczy, że jesteście w związku. Wyobraź sobie, że jesteś alpinistą i krzyczysz do swojego partnera, z którym jesteś połączony: „Kolego, zmęczyłem się. Odczepiam cię, nie jestem ci przecież nic winny. Widocznie taka twoja karma.”

Jesteśmy winni dzieciom, rodzicom, przyjaciołom, tym, którym powiedzieliśmy „kocham” i tym, którym tego nie powiedzieliśmy, ale zawiązaliśmy relację.

Swobodnych relacji nie ma. To termin dla tych, którzy mają problem z odpowiedzialnością. Dla tych, którzy chcą jedynie brać i to wtedy, kiedy im jest wygodnie. Ale prawda jest taka, że kiedy wchodzisz z człowiekiem w bliższy kontakt, i jego i twoja „powłoka ochronna” słabnie – i to za ochronę tego podatnego na zranienie miejsca jesteś odpowiedzialny.

Gdy nikt nikomu nie jest nic winny, żyć jest łatwiej. Odpowiedzialność wymaga pracy duchowej.

Jeśli twoja kobieta płacze, to może nie dlatego, że jest histeryczką, a ponieważ ją zraniłeś? I oczywiście, powinna wziąć odpowiedzialność za swoje uczucia, zrozumieć swoje lekcje i tak dalej, ale to nie oznacza, że ty możesz umyć ręce i nie mieć wobec niej żadnych zobowiązań.

Ale i tutaj mamy wybór – bierzemy tę odpowiedzialność albo nie. Każdy wybór niesie za sobą konsekwencje. Możliwe, że nie będą one odczuwalne od razu. Możliwe, że pokażą się dopiero w kolejnym wcieleniu. Możliwe, że nasze dzisiejsze niepowodzenia w relacji są skutkiem braku odpowiedzialności w poprzednim życiu. Bo konsekwencje naszych wyborów nie kończą się ze śmiercią.

Tak, jak nic w przyrodzie nie ginie, energia też nie znika, ona się jedynie transformuje.

Czasem, jako filolog mam wrażenie, że dużo krzywdy robi nam język i to, jakie mamy skojarzenia z poszczególnymi słowami. Zobaczcie sami: „związek, być winnym, zobowiązania, obowiązki” – coś, co wiąże, ogranicza, pozbawia nas wolności. Coś złego. Nic więc dziwnego, że nawet gdy na zewnątrz udajemy, że związek to coś fajnego i chcemy być w relacjach, to w głębi duszy boimy się tego, bo kojarzy nam się z zamknięciem i więzieniem.

Tymczasem „powinności” i „zobowiązania” są jak prawa ruchu drogowego. Nie chcesz wpaść pod samochód – przechodź na zielonym.

„Powinienem” to inaczej: „wybieram żyć według naturalnych praw”, „zobowiązuję się” to: „chcę żyć w pomyślności”.

Jeśli włączyć takiego wewnętrznego tłumacza i przestać się czepiać tych słów, to nauki wedyjskie staną się dla nas ogromnym skarbcem. Prawom jest wszystko jedno czy wiemy o nich, czy nie. One po prostu istnieją. Prawom jest obojętne, czy się z nimi zgadzamy czy nie, kamień i tak upadnie kiedy go rzucimy. Prawa nie mają wyboru – działać lub nie. A my go mamy.

 

Na podstawie tekstu autorstwa Lilii Ahremczyk oraz Olgi Waljajewej.

Tłumaczenie – Anna Wrzesińska

Oceń ten wpis

Źródło

W przypadku naruszenia praw autorskich lub licencyjnych prosimy o kontakt

>

Send this to a friend